To chyba najczęściej powtarzana opinia na temat solowego krążka lewego skrzydłowego z wokalnego trio Vavamuffin. Potem pojawia się pytanie, czy zaskoczenie jest pozytywne czy przeciwnie. Powieściopisarz ze mnie żaden to i w napięciu trzymać nie będę, mówiąc wprost, że Telehon to jedna z najlepszych płyt roku (Kanye West twierdzi ,że jedna z najlepszych płyt wszechczasów!). Pablopavo z pomocą Ludzików- w tym DJ’a Zero i Emiliano Jonesa, którzy to przede wszystkim odpowiadają za muzykę i jej brzmienie na płycie - zmajstrował materiał odbiegający do tego czym przyzwyczaiły jego dotychczasowe dokonania solowe i zespołowe.
Dostajemy pełen przekrój gatunkowy od reggae, przez Funk, hip-hop, po liryczne wycieczki w starowarszawskie strony. Wszystko to okraszone lekko jazzowymi aranżami, podlane elektronicznymi efektami (bass pali paki, robiąc rumor!) daje znakomite tło pod sprawne warsztatowo i znakomicie nawinięte/zaśpiewane teksty.
Jednym tchem można wymienić piosenki które wyróżniają się pomysłem, wykonaniem, czy aranżami od tego do czego przyzwyczaiła nas polska scena muzyki rozrywkowej. By właśnie od tych rozrywkowych zacząć: XXL Yeti Funk, Na Nowo, czy Nomada, bo ta zdaje się być idealnym przykładem. Utwór w funkowej stylistyce (toż to materiał do zabawy idealny!), z mocno wybijającą się linią przepuszczonego przez efekt basu, to opowiastka o wieczornych wojażach po warszawskich klubach. Nie ma to jak łączenie przyjemnego z pożytecznym i poza balangowym klimatem, dostajemy bardzo przyjemny wykład o historii miasta stołecznego. Z resztą odniesień do historii na Telehonie jest całe mnóstwo – tej dalszej i tej bliższej czasom współczesnym. Wychodzi tu zamiłowanie Pablopavo do lokalnych ciekawostek i varsavianistyczne zapędy.
Jednak jeśli o historii, to może raczej wypadało bywspomnieć o ich opowiadaniu niż do niej odniesieniach, gdyż tak się składa – szczęśliwie dla nas słuchaczy- ,że Pablo jest storytellerem bardzo sprawnym i każde jego pochylenie się nad jakąś historyjką, zdawało by się banalną, okazuje się w odbiorze czymś hipnotycznym niemal. Gdy opowiada piosenkę romansu któremu Warszawa Wschodnia była tłem, wręcz widać drobnych straganiarzy, gnający motłoch, a każdy kto dworzec ten zna, czuje już w powietrzu jego charakterystyczną woń. I jak sam autor twierdzi, słuchacz przestaje się zastanawiać czy to historia prawdziwa, czy zmyślona. Historia jest historią, a opowiedziana ciekawie żyje swoim życiem. Warszawa Wschodnia, CSI Stegny, Z Fartem Dziewczyna, Jurek Mech… Nie słychać było chyba od czasów drugiego Kodexu z flagowym numerem Każdy Ponad Każdym tak zręcznie opowiedzianych historii dla których nawet Fakt niespecjalnie użyczał by miejsca.
Powielając innych recenzentów, nie mogę nie powiedzieć ,że jest to płyta nic tylko urzekająca i godna polecenia każdemu.
Nadal uważam, że zmienne przełożenie jest tylko dla ludzi powyżej 45. Czyż nie lepiej jest wygrywać siła własnych mięsni, niż przerzutką. Stajemy się słabi... Dajcie mi ostre koło!
Tymi słowy Henri Desgrange – pomysłodawca i organizator Tour de France– podsumował jeden ze swoich artykułów w L'Équipe. Był to rok 1902. Ponad sto lat później myśl ta nadal trwa w umysłach ludzi którzy na rower patrzą inaczej niż wszyscy.
Wbrew pozorom Desgrange nigdy nie był pochłonięty kolarstwem szosowym w równym stopniu co torowym. Nie wierzył ,że jeżdżenie rowerem po szosie może stać się popularne. Ciekawe jak zareagował by na wieść o tym jak daleka od prawdy była jego ocena kolarstwa szosowego, a co dopiero mógł by pomyśleć sobie słysząc o ludziach którzy klasycznymi rowerami torowymi zaczynają poruszać się po miejskich aglomeracjach ? Co tak niezwykłego jest w tym pomyśle, czym różni się rower torowy od każdego innego ? Przede wszystkim wspomnianym „ostrym kołem”.
Ostre kołoto określenie napędu stosowanego w pierwszych rowerach, a obecnie właśnie w rowerach torowych. Chodzi tu o brak tzw. wolnobiegu i stałe połączenie tylnego koła z zębatką na tylnej piaście, a przez łańcuch z zębatką przednią i dalej, bezpośrednio z pedałami. Mówiąc nieco przystępniej – każdy ruch pedałów wymusza obrót koła i analogicznie, każdy obrót koła, porusza pedałami. Niemożliwa staje się przez to jazda bez pedałowania – żeby przestać pedałować musimy albo zdjąć nogi z pedałów ( te wówczas poczną kręcić się bezwładnie) lub stawić im opór. W rezultacie pierwsze wrażenie z jazdy na ostrym kole bardziej przypomina konna przejażdżkę niż jazdę rowerem. Jeśli zbyt mocno się rozpędzimy, możemy nad nim nie zapanować – odnosimy wrażenie ,że porusza się samowolnie, a my jesteśmy tylko biernym pasażerem. Jednak po przyzwyczajenie się do wymogu nieprzerwanego pedałowania daje – poza duża satysfakcją – niesamowitą i ciężką do opisania przyjemność, której trudno szukać gdzie indziej. Uczuciu temu ulegli rowerowi kurierzy którzy od kilku dekad już, często używają rowerów z ostrym kołem, do poruszania się po światowych metropoliach.
Ciężko określić jednoznacznie od kogo się zaczęło, kto pierwszy zjechał z welodromu na ulice miasta i jak ciekawostka przerodziła się w - wpierw środowiskową, a teraz już ogólno światową – modę. Przyjmuje się natomiast ,że było to na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych – najpewniej w San Francisco. Szybko jednak ta kurierska moda przeniosła się do Nowego Jorku, a z biegiem czasu dalej w świat, by w końcu – na przełomie XX i XXI stulecia – wyrwać się ze światka rowerowych kurierów do użytkownika masowego.
Co tak urzekło ludzi w przecież tak naprawdę dość niewygodnym i fizycznie uciążliwym sposobie lokomocji ? Sama instytucja kuriera rowerowego bierze się z założenia, że umiejętnie prowadzony rower jest najszybszym miejskim środkiem transportu. Ciężko nie zauważyć jego zalet – niewielkich gabarytów i wagi przy zachowaniu relatywnie dużej prędkości (dla dobrze przygotowanego kolarza osiągnięcie 50 km/h nie jest wielkim wyczynem). W efekcie daje to wielką przewagę nad samochodami, które narażone są na uliczne korki, ograniczone do poruszania się tylko po określonych drogach, podczas gdy rowerem bez problemu można lawirować między samochodami w korku, czy zjechać na chodnik, by skrócić sobie trasę, a ostatecznie zsiąść z niego i wraz z nim skorzystać z metra, czy miejskiej kolei. Samo w sobie ostre koło, posiada dodatkowo inne zalety, jak np. niską awaryjność osiągniętą przez ograniczenie wymaganych części do absolutnego minimum. Często spotkać można osoby jeżdżące nawet bez hamulców – ostre koło daje możliwość zatrzymania się przez stawienie oporu pedałom, lub zablokowaniu tylnego koła i wprowadzeniu roweru w (dość zresztą efektowny) poślizg. Z brakiem wielu części wiąże się też niższa waga (co przekłada się znacznie na osiągi), oraz przede wszystkim cena roweru - zarówno w kupnie jak i utrzymaniu.
Kolejnym aspektem jest – często nazbyt uwydatniana, czasem przesadnie lekceważona – kwestia ideologiczna. Kurierzy rowerowi kojarzeni byli i są nadal z grupą outsiderów, mających w pogardzie większość zasad ruchu drogowego i lekceważących innych – poza nimi samymi – użytkowników jezdni. W Nowym Jorku widać wyraźną wrogość między taksówkarzami, a kurierami – każda z grup wychodzi bowiem z założenia, że to oni są królami tamtejszych ulic. Dla postrzegających swoje zajęcie jako wyraz niezależności,kurierów rowerowych ostre koło jako rower w czystej i pierwotnej formie staje się idealnym symbolem. Takie postrzeganie tematu jest jednak z goła przesadzone i przez częste uproszczenia i generalizację postrzeganie każdego kuriera czy użytkownika ostrego koła jako jednostkę destrukcyjną o anarchistycznych zapędach jest bardzo dużym nadużyciem. Dla większości ważniejszy jest aspekt praktyczny, lub sama przyjemność z nietypowego stylu jazdy, dla innych zaś – moda.
Strasznie długo zbierałem się do napisania tej recenzji – sam nie wiem czemu. Prokrastynacja zapewne. Nie mniej na bank każdy kto tu czasem zagląda (macham rączką do tych 3-5 osób ;-) ) przyzwyczaił się ,że nastały chude lata i tylko od czasu do czasu na stół tafia jakiś bardziej treściwy kawał schabu. Ale dobrze, let’s cut the crap and start something more interesting.
Northlanders to świeża („no, może nie bez przesady”) zajawka Briana Wooda -znanego chociażby z wydawanego u nas DMZ, czy noweli Local, która zgarnęła ostatnio jakieś Eisnery- kręcąca się wokół tematu wikingów. Yay! Jak dawno nie było fajnej siepy ze wczesnego średniowiecza! Z resztą to określenie świetnie charakteryzuje cały komiks. Mamy bohatera. Sven mu na imię. Sven mimo swojego młodego wieku ma aparycję i charakter barowego zabijaki który w kaszę sobie dmuchać nie daje, a i w ryj dać może dać, jak ktoś krzywo spojrzy na jego czerwone wdzianko gwardii wareskiej. No właśnie, Sven jest Waregiem, a samo przynależenie do jednej z najbardziej elitarnych jednostek Bizancjum powinno mówić sporo o tym jak zarabia na bułki i dżem. Niefortunnie się składa, że nasz odziany w czerwień misiek z kozią bródką dowiaduje się o śmierci swojego ojca (gracze rpg - znacie to, prawda ?). Niefortunnie dla naszego bohatera spadek po ojcu przeszedł mu koło nosa na rzecz wujka Gorma. Sven jak na bohatera przystało postanawia wyruszyć do rodzinnego rejonu Orkney (północna Szkocja) by rozliczyć się z wujem i załatwić kilka formalności… w wareskim stylu.
Cała historia w pierwszym trejdzie to 8 zeszytów tworzących zamkniętą całość (powstają kolejne, ale już nie powiązane fabularnie z tą historią). Akcja rozciąga się na lata bytności Svena w rodzinnych stronach i opisuje animozje – krwawe, oj krwawe- różniące go z wujem i jego brodatymi pupilami. Sama fabuła nie jest zbyt skomplikowana, bohaterów nie pojawia się wielu. Dla rozjaśnienia kontekstu dostajemy retrospekcję z historii życia Svena, tego jak znalazł się w Bizancjum i dlaczego jest takim człowiekiem jakim go poznajemy… No właśnie. Bardzo mocnym punktem komiksu jest sam bohater i ewolucja jego charakteru. Spośród wszystkich znajomych którzy komiks czytali powtarzała się opinia o Svenie jako zgorzkniałym (by nie powiedzieć gorzej) gburze któremu wojna rzuciła się na mózg. Zdecydowanie ciężko jest go lubić, ale z biegiem historii zaczynamy rozumieć jego motywacje, oraz obserwujemy to jak narwany pyszałek nabiera trochę życiowej mądrości i doświadczenia. Ciężko jest tak ukazać negatywnego bohatera, by nie wpadał w sztampę „jestem zły, bo tak mi się podoba”. Woodowi się udało.
Rysunki do wszystkich 8 zeszytów poczynił Davide Gianfelice. Kreska Włocha jest prosta, surowa, bardzo dobrze wpasowuje się w klimat opowieści o ludach północy. Dbałość o historyczne niuanse takie jak ówczesna moda, czy uzbrojenie, robią również bardzo przyjemne wrażenie. Kolory Dave'a McCaiga robią równie dobrą robotę jak rysunki Gianfelice’a, by nie rzec ,że nawet lepszą. Są solidne, proste, mocno „komiksowe” i oddające ciężki nastrój tamtego klimatu i czasów ,a przy tym jeśli trzeba potrafią przykuć oko barwnym zachodem słońca. Na całość nałożony jest lekki filtr dodający kolorom trochę trzeciego wymiaru i jeszcze więcej tej surowości o której mówiłem przy kresce pana G.
Scenariusz i rysunki w połączeniu z tematyką podziały na mnie na tyle, iż jak tylko dowiem się ,że ukazał się w US&A drugi trade to ściągam go sobie, mimo ,że za kreskę odpowiadać ma już kto inny. Wood sam w sobie wystarczy, by przykuć uwagę dobrze poprowadzoną historią i ciekawymi bohaterami.
Od dawna nic nowego tu nie wrzucałem. Trochę to z braku czasu (sesja i tym podobne), lecz w głównej mierze to zwykła prokrastynacja. Nie mniej postanowiłem coś jednak dać do poczytania. Trochę dlatego, że w końcu coś poklepałem w klawisze co mi się momentami nawet podoba, po drugie dlatego ,że Konrad rzucił na motywie coś o tęsknocie za cyberpunkiem (tak w wielkim skrócie), a po wtóre dlatego, iż blog ten z założenia miał być publiczną szufladą do której wrzucać będę niemal wszystko co mi spod palców w formie tekstowej wylezie.
Krótka praca na zaliczenie nieobecności na wykładach z mediów i komunikacji masowej. Próba zreferowania i uaktualnienia jednego z rozdziałów pracy Manuela Castellsa.
Manuel Castells – Multimedia a Internet
– Próba charakterystyki tekstu i porównania jego treści ze współczesnym obrazem Internetu.
Ciekawym jest, że jeszcze kilka lat temu, a ściślej w roku 2001, bo to właśnie wtedy Manuel Castells analizował rozwój Internetu w swojej Galaktyce Internetu, multimedia istniały bardziej w umysłach wizjonerów niżeli fizycznie, jak ma to miejsce obecnie. Oczywiście nie jest niczym dziwnym, że w przeciągu 8 lat nastąpił duży postęp technologiczny, niemniej apetyt rośnie w miarę jedzenia i wraz z kolejnymi urzeczywistnianymi wyobrażeniami przyszłości pojawiają się kolejne, które pewnie za następnych 8 lat staną się powszechnym dobrem, lub wzbudzającym uśmiech politowania wspomnieniem jak poduszkowce osobowe, kasety BETA, czy dyskietki ZIP.
Niemniej 8 lat temu, gdy po niespełnionej groźbie „pluskwy milenijnej” przeciętny użytkownik krajów cywilizowanych badał ówczesne granice możliwości Internetu szerokopasmowego, teoretycy zachodzili w głowę czy to właśnie teraz ludzkość stoi na progu kolejnego przełomu komunikacyjnego (chyba największego po wynalezieniu druku, kolei parowej i radia tranzystorowego); czy to właśnie wraz z rozpoczęciem nowego tysiąclecia dane nam będzie realizować marzenia fantastów o społeczeństwie multimedialnym.Oczywiście już dekadę wcześniej futurolodzy planowali połączenie raczkującego wtedy jeszcze Internetu i mediów tradycyjnych, jednak zaplecze technologiczne było zbyt skromne by w pełni rozwijać nowe myśli. Przy czym słowo „skromne” jest tu może nie na miejscu; nie można bowiem zapominać, że Microsoft zainwestowałw latach 1998-2000 10 miliardów dolarów w rozwój sieci telewizji kablowej na całym świecie, a już w roku 2001 doszło do wartej 100 miliardów dolarów fuzji korporacji AOL i Time Warner. Pompowanie olbrzymiego kapitału nie zapewniło jednak bezproblemowego wdrażania nowych rozwiązań na poziomie globalnym. Czasem przeszkodą był -paradoksalnie- zbyt niski rozwój technologiczny, jednak w znacznej mierze o niepowodzeniach wielu projektów decydowało niezadowolenie konsumentów. Dobrym przykładem jest tzw. VOD (video on demand) czyli „wideo na żądanie”. Technologia ta w założeniu miała umożliwić odbiorcy „wypożyczenie” filmu, lub programu telewizyjnego bez konieczności wychodzenia z domu. Obecnie standardem jest przekaz satelitarny/kablowy z archiwum operatora do domowego odbiornika (dekodera) wyposażonego w dysk twardy. Umożliwia to zarówno „wypożyczenie” filmu z bogatego archiwum, jak i rejestracje dowolnego programu z ramówki stacji, a następnie odtworzenia go w wybranym przez siebie czasie. Zanim jednak VOD osiągnęło obecną formę, próbowano wielu rozwiązań, z których większość okazała się niewypałem, ale niektóre– jak np. przesyłanie przez Internet filmów wideo za pośrednictwem stron WWW– są obecnie standardem.
Internet szerokopasmowy ma również inną korelacje z mediami tradycyjnymi niż tylko próbę przeniesienia ich w swój wymiar. Redakcje na całym świecie- bez względu na medium, w jakim są osadzone- działają już niemal wyłącznie w oparciu o Internet. Nieprzerwany i aktualizowany w czasie rzeczywistym strumień informacji jest niezaprzeczalnie najszybszym możliwym (chyba aż do czasu okiełznania telepatii) sposobem nadawania i odbierania danych. Znany z filmów widok reporterów z lat trzydziestych biegnących do budek telefonicznych, by przekazać świeże informacje do redakcji, został zastąpiony czymś znacznie doskonalszym niż tylko telefonia komórkowa. Internet, jako byt niezależny, nie ogranicza się do przepływu komunikatu na drodze jeden nadawca - jeden odbiorca. Tu jeden nadawca może bezpośrednio w trakcie trwania jakiegoś wydarzenia poinformować o nim globalną grupę odbiorców. Pierwszymi redakcjami opartymi o takie rozwiązania były The Chicago Tribune i Los Angeles Times. Obecnie ich liczba jest niepoliczalna, od redakcji szkolnej gazetki z publicznej szkoły podstawowej na Rodezji, po sztaby redakcyjne BBC czy CNN. Od roku 2000 postęp w tym zakresie był niewątpliwie ogromny.
Kolejną rzeczą na którą zwraca uwagę Castells jest wykorzystanie Internetu jako źródła rozrywki. O ile w podanych przez niego statystykach z roku 2000 odsetek jest niewielki i obejmuje jedynie osoby grające w gry sieciowe (które od roku 2000 bardzo się rozwinęły i same w sobie są zjawiskiem wartym chociaż rozdziału w jakiejś pracy naukowej), o tyle obecnie sprawa zdaje się mieć już zgoła inaczej. Stało się tak – zgodnie z przemyśleniami Castellsa (tym razem udało mu się przewidzieć przyszłość niema bezbłędnie) – za sprawą rozwoju Internetu szerokopasmowego zarówno w sferze dostępności jak i prędkości przesyłu (w Korei Południowej i Japonii szybkość transferu internetowego z wykorzystaniem telefonów komórkowych przekracza 8 Mb/s !), oraz rozwinięciu nowych i udoskonaleniu już wtedy istniejących sposobów kompresji danych. Serwisy takie jak Google Video, Youtube (zakupiony przez Google w roku2006 za 1,6 miliarda dolarów), czy MySpace wprowadziły rewolucję w dziedzinie internetowej rozrywki. Youtube oparty na prostym pomyśle umożliwiającym publikowanie przez użytkowników krótkich filmów dowolnej treści (oczywiście z wykluczeniem materiałów niezgodnych z prawem) i zamieszczaniu ich na globalnym serwerze, stał się fenomenem samym w sobie. Publikowanie teledysków, nagrań z wydarzeń kulturalnych, sportowych, czy domowy projektów filmowych spotkało się z olbrzymim zainteresowaniem internautów. Podobnie MySpace (W 2005 roku zakupiony przez Ruperta Murdocha za 580 milionów dolarów) łączący w sobie funkcję portalu społecznościowego i serwisu muzycznego został bardzo gorąco przyjęty i od czasu założenia w 2003 roku ma ponad 250 milionów aktywnych użytkowników z całego świata.
Poza rozrywką powyższe serwisy oferują olbrzymie możliwości marketingowe. Przedsiębiorstwa, zespoły muzyczne (warto wymienić chociażby grupę Arctic Monkeys która dzięki promocji za pośrednictwem MySpace zyskała światową popularność), wytwórnie filmowe, czy nawet politycy (idealnym wręcz przykładem jest prezydencka kampania wyborcza Baracka Obamy w roku 2008) reklamują się za pośrednictwem tych i nie tylko stron WWW.
Castells następnie podaje przykłady udanych jego zdaniem relacji między mediami a Internetem. Ja postaram się rozwinąć to nieco o fakty bardziej aktualne.
Wymiana plików muzycznych w popularnym formacie mp3 była na początku dekady bardzo powszechnym zjawiskiem. W większość krajów gdzie ten proceder zaczął się rozwijać bardzo gwałtownie, prawo było zupełnie nieprzygotowane do takie stanu rzeczy. Masa niedomówień i źle sprecyzowane klauzule dotyczące wymiany nagrań dawały olbrzymie pole piractwu w najpierwotniejszej formie wymiany międzyludzkiej. Popularne wtedy serwisy takie jak wspomniany przez Castellsa Napster upadły, a ich miejsca zastąpiły programy do transferu plików w formule p2p (Person to person) takie jak Kazaa, eMule ,a później przez sieć torrent. Do teraz piractwo internetowe zapoczątkowane przez wymianę nagrań muzycznych jest dużym problemem, nie mniej inicjatywy takie jak iTunes firmy Apple, które umożliwiają legalny zakup pojedynczych plików w formacie mp3 z bardzo zasobnego archiwum w niskiej cenie ( w USA 99 centów za utwór i 9 dolarów za album) w znacznym stopniu ograniczają liczbę użytkowników sieci p2p, których większość jeszcze kilka lat temu nie była świadoma, że wymiana plików odbywa się bez zezwolenia i jest łamaniem praw autorskich i przestępstwem.
Kolejnym bardzo zagadnieniem na którym koncentruje się autor jest rozpowszechnianie poprzez Internet treści pornograficznych. Szacuje się ,że porno biznes w samych Stanach Zjednoczonych generuje rocznie ponad 3 miliardy dolarów zysku, a liczba ta stale rośnie. Średnia wieku pierwszego kontaktu z pornografią kilka lat temu wynosiła 11 lat, teraz spadła do lat 8. Wzrasta również liczba uzależnionych od pornografii ,a z najnowszych szacunków wynika ,ze 1/3 uzależnionych to kobiety. Główną przyczyną wszystkich tych zatrważających faktów jest Internet, który przez zasięg, łatwość dostępu i panujące w jego zakresie poczucie anonimowości użytkownika jest idealnym środowiskiem dla rozpowszechniania i korzystania z serwisów zawierających treści nieprzyzwoite i naruszające dobre obyczaje. O ile np. zamieszczanie treści faszystowskich, czy rasistowskich po zarejestrowaniu przez monitorujące Internet władze, są niemal natychmiast usuwane, o tyle pornografia - legalna w stanie Nevada (należy pamiętać ,że USA jest największym „potentatem” porno biznesu) - jest zjawiskiem z którym niemal nie sposób walczyć. Wynajem serwerów w miejscach gdzie pornografia jest legalna, czy ewentualnie najlepszych prawników jest kosztem znikomym przy generowanych zyskach, a nawet jeśli uda się zamknąć jeden serwis, na jego miejscu wkrótce pojawia się kilka kolejnych. Rozpowszechnianie treści pornograficznych jest zatem idealnym przykładem bardzo daleko posuniętej przewagi Internetu nad mediami tradycyjnymi. Wielka szkoda, że nie chodzi np. o edukację.
Następny przykład – o wiele przyjemniejszy od poprzedniego – to komputerowe gry sieciowe (gry online). Fenomenem jest tu tworzenie wirtualnego świata w obrębie określonej społeczności graczy skupionych wokół danej gry i jednego z dedykowanych jej serwerów. W chwili obecnej wyróżnia się osobny gatunek skoncentrowany wyłącznie na kreowanie swojego wirtualnego awatara i poruszania się nim w stworzonym przez programistów uniwersum i korelacji z innymi graczami (tzw. MMORPG, od Massive Multiplayer Online Role Playing Game, czyli w wolnym tłumaczeniu : rozbudowane fabularne gry wieloosobowe). Jest to jedna z lepiej rozwijających się gałęzi rynku elektronicznej rozrywki, a rok rocznie przybywa jej zwolenników, wraz z pojawianiem się coraz to nowych tytułów.
Idea ta czerpie na klasycznej idei rozrywki w licznym gronie osób, tej samej z której wywodzą się sporty zespołowe, planszowe gry towarzyskie, czy dziecięce zabawy. Do czasu rozwinięcia się Internetu szerokopasmowego gry komputerowe były ograniczone niema wyłącznie do formy jednoosobowej rozrywki, a jeśli nawet dostępna była funkcja zabawy w liczniejszym gronie osób, była ona z reguły bardzo ograniczona i zazwyczaj wymagała połączenia siecią lokalną kilku komputerów znajdujących się w jednym pomieszczeniu.
Idąc dalej czytać możemy o słuchaniu radia przez Internet, czy nawet nadawania go wyłącznie za jego pośrednictwem z pominięciem nadajników naziemnych. Jest to jeden z nielicznych przypadków gdzie przez ostatnich 8 lat ewolucja zjawiska była bardzo ograniczona. Działo się tak za sprawą dość niewielkim wymagań technologicznych, co zapewniało płynne nadawanie i odbierania radia internetowego już w ubiegłej dekadzie. Z zagadnień internetowej komunikacji audialnej wartym chociaż krótkiego scharakteryzowania jest zjawisko podcastów (od iPod – nazwa przenośnego odtwarzacza plików audio firmy Applei broadcast – ang. transmisja, przekaz). Cała rzecz polega na publikowaniu nagranej wcześniej audycji i umożliwienie ściągnięcia jej bezpośrednio ze strony WWW i późniejszego odsłuchania bezpośrednio na komputerze, czy też przy pomocy przenośnego odtwarzacza mp3. Początki podcastingusięgająroku 2000, jednak dopiero na przełomie 2004 i 2005 roku można było mówić o prawdziwej popularności tego zjawiska. Co ciekawe „o ile jeszcze pod koniec września 2004 liczba wyników zwracanych przez wyszukiwarkę Google oscylowała w granicach 500, to rok później było to ponad sto milionów” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Podcast) , bez wątpienia zatem możemy mówić w tym przypadku o fenomenie.
Duży rozwój na przełomie ostatnich lat dotknął również telewizji internetowej i wszystkich zjawisk jej pokrewnych (np. wspomniany wcześniej Youtube, czy też podobny podcastom –videocast).
Następne z wymienionych zagadnień to wszelkie przejawy internetowych odpowiedników form drukowanych, czyli gazety, czasopisma i książki. O ile dwie pierwsze kategorie mają się całkiem dobrze (gazety niemal zawsze posiadają swój wirtualny odpowiednik w postaci portalu informacyjnego, a czasopisma często zamieszczają w Internecie swoje archiwalne numery w postaci plików PDF), o tyle książki nie przyjęły się zbyt dobrze w środowisku cyfrowym. Oczywiście są wyjątki, jednak książka w formie wydrukowanej jest przedmiotem dużo przyjemniejszym w odbiorze, poręczniejszym i wymagającym mniejszego wysiłku podczas użytkowania (czytanie dłuższego tekstu na ekranie komputera, jest dużym obciążeniem dla oczu). Zdaje się również ,że Internet jako medium dynamiczne nie radzi sobie najlepiej z surowym tekstem, który w kontraście z formami audialnymi i audiowizualnymi wypada mało ciekawie.
Dużej zmiany w odniesieniu do swojej formy pierwotnej w kontekście przeniesienia w świat cyfrowy doznała sztuka. Grafika komputerowa, czy fotografia cyfrowa otwierają zupełnie nowe możliwości przed artystami poszukującego nowych form ekspresji. Grafika dwuwymiarowa w cyfrowej formie świetnie przyjęła się tam, gdzie liczy się szybkość wykonania i nieograniczona forma powielania, jak np. w ilustracji czy komiksie. Duże znaczenie na rozwój miało również samo projektowanie stron WWW, które w pewnych przypadkach również można uznać za formę sztuki. Grafika trójwymiarowa, używana na przykład przy produkcji nowoczesnych animacji jest zupełnie nowym zjawiskiem – hybrydą między obrazem ,a rzeźbą. Bez zaprzęgnięcia artystów do nowego narzędzia jakim jest komputer, nie doświadczylibyśmy zupełnie nowej gałęzi sztuki, która od chwili swojego powstania tylko zyskuje na popularności i staje się coraz częściej obecna w naszym otoczeniu. Podobnie rzecz ma się z muzyką, która dzięki wykorzystaniu komputera jako instrumentu i urządzenia do obróbki dźwięku w jednym, otworzyła przed słuchaczami zupełnie nowy rozdział. Muzyka elektroniczna która narodziła się gdzieś na przełomie lat 70 i 80, wraz z pojawieniem się Internetu bardzo zyskała na popularności dzięki wielkiemu uproszczeniu zasad teorii muzycznej. Nieraz komponowanie przy pomocy komputera przypomina raczej intuicyjne układanie puzzli, niż konstruowanie skomplikowanego zapisu nutowego.
Wszystkie te zagadnienia jednak opierają się o fundament komunikacji, stawiając Internet w roli medium komunikacyjnego właśnie, a nie służącemu rozrywce. Owszem, wraz z pojawieniem się krótkich form komunikacji multimedialnej (SMS, e-mail, komunikatory internetowe), jak i digitalizacji komunikatu informacyjnego (co można zaobserwować na przykładzie telewizji, gdzie nawet programy informacyjne i publicystyczne przekazywane są w coraz luźniejszej i bardziej nastawionej na rozrywkę formie) samo wykorzystanie Internetu staje się nastawione na odrzucenie zbędnych treści. Oczywiście wraz z rozwojem Internetu forma nadawania komunikatu przybliżyła się do tego znanego z telewizji, ale nadal widać wyraźną różnicę między nimi. Z drugiej strony może być to wpływ olbrzymiego pluralizmu internetowych nadawców informacji. Jeśli odbiorca chce ograniczyć odbierany komunikat do minimum zbędnych treści, skorzysta z usług jednego z wielu portali specjalistycznych, zaś odbiorca któremu bardziej zależy na informacji która zarazem stanowić będzie rozrywkę, bez trudny znajdzie wiele źródeł trafiających w jego konkretne oczekiwania.
Nowa domena, to i nowy adres. Od dziś wszystko śmiga pod CZ.NET.PL
Tymczasem sesja w toku i właśnie lecę na egzamin. Obym go zaliczył. Wieczorem powinna jakaś konkretniejsza aktualizacja się pojawić.
PS. Roodemu102 wielkie dzięki za pomoc w konfiguracji.
czwartek, 15 stycznia 2009
Dawno nic nie było, ale słowo daję ,że jak tylko wejdę w cug pisania materiałów na sesję (która już gąsce piątkę przybiła przechodząc przez ogródek szybkim krokiem) to napiszę jakiś konkret. Znaczy to słowo do daję sobie raczej, bo to mi zależy na wróceniu do pisania dużo i namiętnie, a nie wam na czytaniu, bo i czytać w sumie nie ma czego. W każdym bądź razie jak napiszę, to coś na jeden z trzech tematów. Jeszcze nie wiem na który (być może ,że na 2 albo i wszystkie 3). Są to : Komiksy Northlanders i Originals ,oraz płyta+film+książka+grafika, czyli L.U.C - Planet Luc . Jeśli ktoś ma życzenie na tekst o którymś z powyższych to niech daje znać ;-) To było by na tyle. Wracam do ideału kiblowej literatury, tj do Niepiosenek Kazika. Tę notkę krótką acz w treść (nie)bogatą, sponsorował Blip, bo tak naprawdę wbiłem tu by wgrać ten bajerek po lewej.
Dla umilenia czasu i nie czynienia z tej wizyty bezwartościowego nabicia licznika clip jeszcze.